Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /wp-content/plugins/fresh-custom-code/bootstrap/pluginClass.php on line 116

4 godziny czołgania się przez śnieg? Nie, dziękuję.

Ta historia również tyczy się zimy, mrozu i śniegu, za to zdecydowanie mniej jest to niej magii. W zasadzie to w ogóle jej nie ma, ot taka zimowa opowieść, tyle że bez duchów i sknerusa. Wydarzyła się w podobnym czasie co poprzednia, gdzie półnagi biegałem po lesie (poprzedni wpis).

Wiele lat temu ASG stało się naprawdę popularne. Wiecie, wierne repliki broni, kulki, bieganie i strzelanie do siebie. Znajomy kupił karabin snajperski, ależ to cacko wyglądało (i jak bolało, gdy się oberwało). Że sam nie miałem to wymyślaliśmy różne scenariusze. Była zima, postanowiliśmy odwzorować wojnę fińsko-rosyjską. On był strzelcem, ja bez broni (jak przystało na czerwonoarmistę) miałem się przedrzeć niezauważony. Całość to było jakieś 50, może 60 metrów. Zadanie miałem utrudnione, bo byłem w czarnej kurtce, za to pełen dobrych chęci.

Jak potem rozmawialiśmy to przyznał, że dosyć szybko mnie namierzył, ale by było ciekawiej postanowił dać mi fory (choć oddał kilka strzałów w moją stronę). Jak pan bóg i Stalin przykazał padłem więc na ziemię, schowałem się zza wyrastającymi krzakami i zacząłem wolno przeć do przodu, nie zważając na śnieg. Robiłem od czasu do czasu przerwy, tak dla pewności. Po one trwać i 5 minut, po czym bardzo, bardzo wolno czołgałem się do przodu. Tak o pół metra. Albo metr. Albo dwa. I znów zamierałem na dłuższą chwilę.

Raz myślałem, że to on idzie po mnie, ale to był tylko pies. W końcu, po wielu perypetiach, udało mi się dojść (a raczej doczołgać) na upragnioną polanę. Udało mi się, nie zostałem trafiony. Ale jego nie było, spojrzałem więc na komórkę by zobaczyć, która to jest godzina. I zdębiałem. Zaczęliśmy koło 12, była 16. Zdobycie tych 50 metrów zajęło mi 240 minut, nie chcę nawet liczyć, ile centymetrów wychodziło na minutę. Zauważyłem też, że dzwonił, więc oddzwoniłem (na czas gry wyłączyłem dzwonek, a wibracji nie czułem).

Przyszedł więc i odpaliliśmy piwo. Wyjaśnił, że krążył to tu, to tam, obserwując mnie z różnych stron, po czym skierował się na polanę. Drań chciał mnie odstrzelić tuż przy mecie, czekał więc i czekał. Po półtora godzinie uznał, że zabawa mi się znudziła (zwłaszcza, że nie mógł się dodzwonić), wrócił więc do domu. Jakież było więc jego zdziwienie, gdy do siebie wziąłem dotarcie na polanę.

I tak się skończyła opowieść, bez happy endu (no chyba, że szczęśliwe zakończenie to brak zapalenia płuc) i z brakiem puenty. Ja nie wygrałem, on nie przegrał. Gdy było mu zimno poszedł do domu, a ja, jak głupi, czołgałem się przez  śnieg cztery godziny. Osobiście przyznaję, że wolałbym być na jego miejscu, bo nie widzę wielkiej frajdy w robieniu aniołków.

Zostaw wiadomość

Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


Copyright 2017 © All Rights Reserved Okult.pl, Krakowski Stańczyk     Designed by Okult.pl