Robomózgi z kosmosu.

Każdy chyba wie jak wygląda kosmita. Są to małe zielone ludziki latające przy pomocy talerzy. Lub to reptilianie. Albo insektoidy. Roboty. Plejadianie o wyglądzie aryjczyka. Yeti. Gremliny. Słyszałem nawet o spotkaniu figur geometrycznych. Zobaczyć ufo to jest coś, ale spotkać kosmitę, albo jeszcze lepiej, być porwanym – to zapada w pamięć. Chyba, że widzisz na ulicy mózg, wtedy to na stówę zapominasz.

Sierpień roku pańskiego 1971 w Palos Verdes. John Hodges wraz z przyjacielem idą do samochodu. Gdy zapalają światła widzą, że na ziemi leżą dwa niebieskie mózgi. Jeden wielkości piłki, drugi torsu, każdy posiada duże oko. Większy przy pomocy telepatii mówi coś do Johna, na co ten odjeżdża. Nie przejechał ich niestety, to nie gra komputerowa. Po powrocie zauważa, że zapomniał ostatnich dwóch godzin. Postanawia skorzystać z pomocy hipnotyzera. Nie wiem co jednemu lub drugiemu siedziało w głowie, ale brzmi to jak kiepska komedia.

Taki mózg. Tylko latający. I z okiem. I drugi obok. Oba porozumiewające się przy pomocy telepatii. Brzmi logicznie.

Przed domem stoją owe mózgi, które zapraszają go do siebie. Nie, nie do układu trawiennego, chodzi im o statek kosmiczny, na który John zostaje natychmiast przeniesiony. W skrócie oferta nie do odrzucenia. W środku są szaraki, tyle że dwumetrowe, co to na siłownię lubią chodzić. Okazuje się, że mózg służy do rozmowy, co dla mnie jest bez sensu. Po cholerę coś takiego, skoro można zrobić tłumaczący telefon. Chyba, że chodzi o wywołanie takiego efektu, gdzie odcięta głowa konia w łóżku zdaje się słabym motywatorem do wykonywania poleceń. Bohater nie ma czasu do rozmyślania, bo porywacze pokazują mu nagrania wybuchających głowic atomowych i odprawiają tradycyjną, pacyfistyczną gadkę.  Po pokazaniu kosmicznej kablówki marsjanie zostawili Johna pod jego domem. Niech się cieszy, że kulturalnie go odwieźli, a nie jak jakaś mafia zostawili w środku lasu.

Jak na tak humanitarnych chyba się nie nauczyli, że porwanie kogoś raczej nie jest zbyt pokojowym rozwiązaniem. Nie rozumiem też wysyłania dwóch gadających mózgów do kolesia z przedmieść, by następnie pokazać mu coś, co mógł zobaczyć w pierwszym lepszym filmie antywojennym. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy to spożycie w dużych ilościach substancji poprawiających humor, ale nie mam zamiaru oceniać obserwatora. Jego opowieść jest tak zabawna, że naprawdę nie chciałbym by alkohol czy narkotyki okazały się jej rozwiązaniem. Mózgi-roboty to w końcu świetny pomysł na fabułę jakiegoś gniota, którego budżet będzie zamykał się w kwocie wyjazdu do Zakopanego.

Krakus z urodzenia, mag z zamiłowania, błazen z wyboru. To ja, Krakowski Stańczyk, piewca czarnego i wisielczego humoru, łamiącego jak precelki tabu. Nie zawsze wyśmiewający, ale też i pouczający, poglądy zgodnie z życzeniem zmieniający. Ratującego zwierzęta, przenosząc żuczki i ślimaki w bezpieczne dla nich miejsca. Magię znający nie tylko z teorii, ale i z praktyki. Lubiący książki, historię i słone paluszki. Na Okult.pl jak lajkonik na rynek przybyłem by w tym poważnym miejscu objawiać jeszcze poważniejsze, oj naprawdę poważniejsze wieści z wiedzy wszelakiej, czy to magicznej, czy zuchwałej.

Zostaw wiadomość

Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


Copyright 2017 © All Rights Reserved Okult.pl, Krakowski Stańczyk     Designed by Okult.pl