Rozejm bożonarodzeniowy, czyli cud w Ypres.

Nieważne, czy się jest wierzącym, czy też nie, zapewne każdy chciałby spędzić wigilię i święta z najbliższymi. Z rodziną. Banałem będzie powiedzenie, że nie każdy ma do tego sposobność. Ale wyobraźcie sobie, że siedzicie w brudnym, chłodnym miejscu, z dala od domu. Zamiast opłatka macie karabin, zamiast wieczerzy wigilijnej wroga kilkadziesiąt metrów dalej, zamiast kolęd huk wystrzałów. W czasie wojny ciężko na pozór o cud. A blisko sto lat temu taki właśnie nastąpił. Tak zwany rozejm bożonarodzeniowy.

Wojna piękna i wyczekiwana.

W 2018 roku, poza stuleciem odzyskania przez Polskę niepodległości, będziemy obchodzić inną, równie ważną rocznice: koniec I wojny światowej, przez ówczesnych zwaną Wielka wojną. Od czasów Napoleona nie zdarzył się konflikt na taką skalę. XIX wiek nie był bynajmniej spokojny, wystarczy wspomnieć wojnę krymską, ale pewnie nikt nie przewidywał hekatomby i walk na wyniszczenie, trwających całe lata.

I pomyśleć, że na wiadomość o wybuchu konfliktu tłumy w całej Europie reagowały radością. Każdy kraj przekonany był o swej potędze; spodziewano się, że wojna potrwa tygodnie, że zakończy się przed grudniem 1914. Dominowała doktryna ofensywna, jak najszybciej chciano zniszczyć siły wroga i zmusić go do kapitulacji. Okopy, które stały się symbolem wojny, miały być niczym więcej niż przystankiem do stolicy przeciwnika. Możliwości użycia broni chemicznej pewnie nie przewidywano.

Teraz być może zadacie sobie pytanie: a gdzie ten rozejm? Wydaje mi się, że choćby bez krótkiego rysu historycznego ciężej będzie zobaczyć fenomen takiego zjawiska. Po pierwsze trzeba zrozumieć, że ludzie chcieli tego konfliktu. To miało być ujście narodowych problemów, gdzie w krótkim czasie rozwiązano by spory z wrogimi sąsiadami, a także zmieniono lub zachowano status quo. Wojna pozycyjna w równym stopniu zaskoczyła cywilów, co wojskowych. Poborowi nie zdawali sobie sprawy na co się piszą. Spodziewali się udziału we wspaniałej przygodzie, walki w obronie własnego państwa, nie niekończącej się batalii bez wyraźnego zwycięzcy.

Po drugie trzeba spojrzeć na to z punktu widzenia zwykłego szeregowca, siedzącego w okopie. Wraz z kilkoma setkami osób jesteś stłoczony w wykopie w ziemi. Jest mokro, brudno, dookoła biegają szczury, panoszą się wszy i choroby. Z jedzeniem jest nie lepiej, prawdziwym szczęściarzem jest ten, kto ma okazje zjeść ciepły posiłek. Przed tobą nawet nie wróg, tylko pas ziemi niczyjej. Dzień w dzień oddziały są wysyłane na pewną śmierć, ścinane seriami z karabinów maszynowych. Z jednej strony nuda, gdy przez wiele godzin nic się nie dzieje, z drugiej niepewność, kiedy ty będziesz musiał wybiec z zapewniającego ochronę okopu.

Niezbyt świąteczna wizja, nieprawdaż? Teraz wyobraźcie sobie, jakim to szokiem musiało być dla młodego żołnierza, który był pewien, że jesień (wojna wybuchła 28 lipca) spędzi w Berlinie lub Paryżu, którego kwiatami żegnała uradowana rodzina. Ludzie umierają bez sensu, bo przecież front się nie przesuwa. Święta i nowy rok spędzi nie w przytulnym domu, ale w zapomnianej przez boga dziurze, wyczekując rozkazu do szaleńczego biegu przed siebie.

Ktoś od was chce choinkę?

 

Opłatek zamiast karabinu.

Mamy 24 grudnia 1914 roku, okolice miasta Ypres. Miesiąc wcześniej odbyła się wielka bitwa, znana przez Niemców jako „rzeź niewiniątek”, a to z powodu dużej liczby poległych studentów i młodych rekrutów. Walki dalej trwały, ale na jakiś czas nie przybierały już takich dużych rozmiarów. Trwała przerwa w wymianie ognia, co wykorzystali Niemcy. Zaczęli zbierać choinki które, na oczach zdumionych Brytyjczyków i innych aliantów, udekorowali lampkami, podobnie zresztą jak okopy. Zaczęli również śpiewać kolędę „Cicha noc”. Po chwili zastanowienia Anglicy zaczęli robić to samo.

To przełamało barierę. Niemcy zaczęli wychodzić z okopów i, dalej śpiewając, udawali się w stronę przeciwników. Anglicy mieli wspaniałą okazję do otworzenia ognia, ale i oni wyszli z ukrycia, przy okazji łamiąc zakaz nie opuszczania pozycji. Szeregowcy z obu stron mogli podać sobie dłonie, porozmawiać, wymienić się uprzejmościami. Dzielono się alkoholem i papierosami, a także drobnymi upominkami. Nie wszyscy byli zwolennikami zawieszenia broni, zdarzały się przypadki otwierania ognia do zbliżających się żołnierzy, choć na szczęście nie były to tak częste przypadki.

Wieści w końcu doszły do sztabów. Te początkowo nie były zachwycone. Nie ma co się dziwić, cały czas istniało zagrożenie, że druga strona wykorzysta tę okazję do ataku. Propagandy państw działały pełną parą nad tym, aby zdehumanizować przeciwnika, przedstawić go w jak najgorszym świetle. W końcu dowodzący zdecydowali, że na czas świąt nastąpi chwilowe zawieszenie broni. Czas ten wykorzystano nie tylko na odpoczynek; można było bezpiecznie zabrać zwłoki towarzyszy, zalegające na ziemi niczyjej i godnie je pochować. W czasie normalnych działań wojennych było to ryzykowne zajęcie, narażone na ostrzał z broni palnej. Teraz jednak wspólnie zbierano poległych, chowano ich w masowych mogiłach i modlono się w ich intencji.

Kto chce zagrać w piłkę nożną?

Nie tylko wspólnie się modlono, rozmawiano i dawano prezenty. Rozejm bożonarodzeniowy dał naprawdę ciekawe przykłady bratania się z wrogiem. Nie będzie odkryciem Ameryki powiedzenie, że Brytyjczycy kochają futbol. Niemcy nie mniej, dlatego ktoś w końcu wpadł na pomysł, aby wspólnie rozegrać mecz piłkarski. A raczej kilka spotkań, w tym też tych międzynarodowych. Kto nie znalazł piłki musiał znaleźć jakiś jej odpowiednik. Trzeba tu jednak powiedzieć, że nie zawsze odbywały się one zgodnie z zasadami. Ponoć zdarzały się takie, gdzie nie było sędziego, a każda drużyna liczyła po kilkudziesięciu zawodników, bardziej zainteresowanych wspólną bijatyką niż wbiciem gola.

Gdyby tamte bitwy można było rozwiązać w ten sposób….

Wedle najbardziej znanego przekazu jeden z takich meczy Niemcy wygrali 3 do 2, choć sędzia miał przymykać oko na dużą ilość fauli i spalonych. Mecz zakończył się, gdy piłka wylądowała na drucie kolczastym. Nie wszyscy historycy zgadzają się z tym, że mogły tam się odbyć takie właśnie mecze piłkarskie, traktują to bardziej jako przyjemną dla ucha anegdotę. Warto jednak wziąć pod uwagę, że stacjonowały tam pokaźne armie. To, że kilku czy nawet kilkudziesięciu żołnierzy mogło znaleźć miejsce do gry i piłkę nie wydaje się tak dziwne, gdy mowa jest o dziesiątkach tysięcy osób.

Także oficerowie znajdowali okazję do choćby wymiany uprzejmości z wrogiem. Niemcy mieli znaleźć beczkę piwa, Anglicy zrewanżowali się zaś puddingiem śliwkowym. Do bratania częściej jednak dochodziło wśród szeregowych żołnierzy. Niestety, kończył się dzień, a wraz z nim specyficzne zawieszenie broni. Oficjalnie miało ono potrwać do godziny 8:30 drugiego dnia świąt. Czasem działania wojenne rozpoczynano w iście dżentelmeński sposób: salutowaniem przez oficerów czy wystrzeleniem przed tym salwy honorowej, kończącej zawieszenie broni.

Nie wszyscy chcieli jednak wracać do walki. Często strzelano nad przeciwnikiem, na niektórych frontach zawieszenie „przedłużono” aż do końca roku. Z czasem to się jednak zmieniło, zwłaszcza gdy przybyły świeże oddziały. Dowództwo również wyciągnęło lekcję: zakazano prób bratania się z wrogiem; tych, którzy próbowali to robić traktowano jako zdrajców. Święta były traktowane jak każdy inny dzień wojny.

Ciekawe jak cywile to przyjęli. Bo władzy takie bratanie się niezbyt pasowało.

Jednorazowe zdarzenie?

Ocenia się, że rozejm bożonarodzeniowy dotknął blisko 100 tysięcy osób. Oczywiście było to kroplą w morzu, przy milionach zmobilizowanych osób, mimo to wieści o tym zdarzeniu przynajmniej na początku utajniono. Tak jak wcześniej wspomniałem państwa starały się robić wszystko, aby swych wrogów przedstawić jako bestie, których pokonanie jest niemal misją dziejową. Propaganda i tak swoje robiła, ale jeszcze więcej robiła sytuacja na froncie. Szybka wojna zamieniła się w długą i gdy nadarzyła się okazja, żołnierze choć na chwilę wrócili do normalnego świata.

Na froncie wschodnim też występowały tego typu sytuacje, były one nawet bardziej formalne. Austro-Węgry zaproponowały zawieszenie broni na czas świąt, na co przystała carska Rosja. Kilka dni później, gdy prawosławni obchodzili boże narodzenie, Austriacy wstrzymali się od prowadzenia działań zaczepnych. To samo działo się podczas świąt Wielkiej nocy.

Zaobserwowano, że to najczęściej Niemcy dążyli do bezkrwawego obchodzenia świąt. Z Ententy bardziej skłonni ku temu byli Brytyjczycy, Francuzi zdecydowanie mniej (działania wojenne toczyły się na ich terenie, uznawali się więc za najechanych), tak samo jak Belgowie. Od 1915 wszelkie próby zawieszenia broni, czy to podczas Wielkanocy, czy znów Bożego Narodzenia, spotykały się z odmową. Nawet jeśli następowały na froncie zachodnim, to nie miały już takiego masowego rozmiaru jak ten z końca 1914. Do żołnierzy dążących do fraternizacji strzelano, w najlepszym razie przeganiano.

Zresztą po 1915 i tak taka sytuacja była mało prawdopodobna. Oficerowie, chcąc uniknąć powtórki sprzed roku, traktowali ten dzień jak każdy inny. Władzom bratanie się żołnierzy nie było na rękę, . Do tego doszło użycie na polu bitwy broni chemicznej (chlor podczas II bitwy pod Ypres) i kolejne miesiące wojny, a wraz z tym następne setki tysięcy ofiar. Takie porozumienie na większą skalę było możliwe tylko w początkowym okresie, zanim wojna zmieniła się w tą na wyniszczenie.

II wojna światowa i promyk nadziei.

Podczas trwania II wojny światowej nikt nie spodziewał się powtórki zdarzenia z początków poprzedniej wojny. Patrząc na piekło frontu wschodniego nikt chyba się nie spodziewał, że ktoś tam może wysunąć propozycję choćby chwilowego wstrzymania broni. W grudniu 1944 w zachodniej Europie trwała właśnie operacja w Ardenach, kiedy to Niemcy starali się odzyskać inicjatywę i zmusić aliantów do rokowań. Dowództwu obu stron nie w głowie było zawieszenie broni. Jakby tego było mało dochodziło do zbrodni wojennych, a rozstrzeliwanie jeńców nie było czymś niespotykanym.

A mimo to przedstawiciele dwóch armii spotkali się nie na polu bitwy, tylko w cieple ogniska domowego. Podczas walk o Bulge trzech Amerykańskich żołnierzy zagubiło się przy granicy Niemiec z Belgią. W końcu trafili na dom Elisabeth Vincken, która przygotowywała się wraz z rodziną do kolacji wigilijnej. Pomimo problemów językowych zgodziła się ich przyjąć zwłaszcza, że jeden z żołnierzy był ranny. Kiedy przygotowywała kolacje znów usłyszała pukanie do drzwi. Tym razem byli to Niemcy. Oficer i trzech młodszych szeregowych. I oni mieli pecha zgubić swój oddział, a zobaczywszy dom postanowili w nim przeczekać chłodną noc.

Za ukrywanie wrogich żołnierzy groziła kara śmierci. Przyjęła ich, ale wcześniej powiedziała, że są już u niej goście. Poprosiła obie strony, skoro święta, o zachowanie spokojnej atmosfery. Żołnierze zgodzili się zostawić broń na zewnątrz, a jeden z Niemców, były student medycyny, zajął się rannym żołnierzem. Sytuacja szybko się rozluźniła, w czym pomogło wino i pieczeń z koguta Hermanna. Następnego dnia Niemcy poradzili Amerykanom w którą stronę powinni się udać. Elisabeth zwróciła im broń, a żołnierze na pożegnanie podali sobie dłonie.

Na pewno nie ma sensu porównywać tego zdarzenia do Ypres sprzed 30 lat. Tam było ponad sto tysięcy, tutaj siódemka. Ale święta znów sprawiły, że przedstawiciele dwóch nacji mogli przez chwilę poczuć się jak normalni ludzie, nie mierzący do siebie z karabinów. Nawet, jeśli później już nigdy się nie spotkali, co najpewniej się stało. Sam rozejm bożonarodzeniowy jest ciekawostką historyczną. Ale naprawdę wspaniałą, skoro ci żołnierze, po tym co przeszli, byli w stanie spojrzeć na osobę z drugiej strony nie jak na wroga, ale takiego samego człowieka jak oni.

Z okazji świąt bożego narodzenia życzę wam wszystkich radosnych i rodzinnych świąt. Pełnego stołu, trafionych prezentów i radosnego kolędowania.

Krakus z urodzenia, mag z zamiłowania, błazen z wyboru. To ja, Krakowski Stańczyk, piewca czarnego i wisielczego humoru, łamiącego jak precelki tabu. Nie zawsze wyśmiewający, ale też i pouczający, poglądy zgodnie z życzeniem zmieniający. Ratującego zwierzęta, przenosząc żuczki i ślimaki w bezpieczne dla nich miejsca. Magię znający nie tylko z teorii, ale i z praktyki. Lubiący książki, historię i słone paluszki. Na Okult.pl jak lajkonik na rynek przybyłem by w tym poważnym miejscu objawiać jeszcze poważniejsze, oj naprawdę poważniejsze wieści z wiedzy wszelakiej, czy to magicznej, czy zuchwałej.

Zostaw wiadomość

Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


Copyright 2017 © All Rights Reserved Okult.pl, Krakowski Stańczyk     Designed by Okult.pl