Stańczyk i żywioł, czyli złap duchy natury!

Lata temu Krakowski Stańczyk (ciekawie pisze się o sobie w trzeciej osobie) dostał możliwość zabawy w elementalistę. To znaczy maga wykorzystującego do swych celów (oczywiście zawsze światłych) duchy natury. A konkretnie duchy żywiołów. Jeśli powie się coś płomieniowi, by ten coś spalił, no to niekoniecznie on musi posłuchać. Szczególnie, jeśli nie ma z nim fizycznego kontaktu. A żywioł może posłuchać, jeśli rzecz jasna odpowiednio mu się posłodzi.

Nie będę kłamać, nie ja wpadłem na pomysł, by pobawić się w “trenera pokemonów”, co to duchy łapie i tam zamyka we flakonach czy pojemniczkach. Po prostu jakoś tak sytuacja się zdarzyła, a mój mistrz uznał, że “to będzie dobry pomysł“. Generalnie sytuacja wygląda tak, że jak on mówi odnośnie magii, że “coś jest dobrym pomysłem”, to w połowie przypadków to takowym nie jest. Ale jetem głupi, ufny i wierzący, no to zazwyczaj sam kiwam głową i mówię”no, to jest najlepszy pomysł z możliwych. Tak więc w lesie powstało ognisko, krąg, mały ołtarz, i znalazły się pokeba… pojemniki, które to miały być nowym domem dla duchów.

 

Nie do końca tak wyglądał źródło wikipedia

 

Tutaj muszę powiedzieć, że naprawdę podziwiam duchy natury. Gdyby jakiś leszcz z województwa Małopolskiego przyzwał mnie i powiedział “no kolego, ta buteleczka będzie twoim nowym domem”, to strzeliłbym go w pysk. Taki żywioł ognia powinien mnie spalić na miejscu A te mają zaiste cierpliwość Mahatmy Gandhiego i przystają na takie warunki. Powinna powstać jakaś fundacja zajmująca się niegodnym losem bytów paranormalnych, bo warunki w jakich żyją nie przystają do żadnych norm europejskich.

Nie napisze tutaj co robiłem, bo wykonywałem polecenia “góry”, a i też głupio się czymś chwalić za darmo. Tak więc zapaliło się ognisko, ja tam gadałem formułki i składałem ofiary, i został zaklęty pierwszy żywioł.  Związany z ogniem, oj był temperamentny był nasz koleżka. Nie podam jego imienia, ani imion pozostałych, bo jakaś niecna osoba mogłaby go chcieć jeszcze wykorzystać, a ten miałby potem do mnie pretensje, że w internetach podaje jego dane osobowe.

Do tanga trzeba dwojga, tak więc szybko dokooptowany został mu następny, ten z kolei związany z powietrzem. Charakterem niewiele odbiegał od kolegi. Nie był w gorącej wodzie kąpany (hehe), ale w kwestii emocji zdarzało mu się być jak chorągiewka. Jak zawieje, tak poleci. A raczej wydmucha chmury w odpowiednim kierunku.

 

Na szczęście ja takowych problemów nie miałem. Bo nie używałem ich w domu. źródło: Wikipedia

 

Wtedy to obudziła się we mnie chęć posiadania i ogółem skończyło się na 7 duchach żywiołów. Ognia, powietrza, wody, ziemi, jeden związany z mokradłami, inny z lasem tropikalnym. Aha, i rzecz jasna nie mogę zapomnieć o duchu natury człowieka. Tak, taka (bo osobowość miała kobiecą) pochodziła ze wschodu, miała dalekowschodnie imię i generalnie była miła. Poza momentami gdy taka nie była, co też jej się zdarzało, daleko jej było do księżniczki z Disneya.

W następnym wpisie (lub też wpisach, jeśli zajdzie taka potrzeba) opisze moje dalsze przeżycia z duchami natury, a teraz podzielę się z wami jedną historią. A raczej momentem, który do dzisiaj mnie zaskakuje. Otóż stało się to w momencie, gdy przywoływałem (takie ładnie określenie na zamknięcie) żywioł wody.

Stałem nad rzeką, pode mną było lekkie urwisko, za mną ognisko i krąg. Wymawiałem te formuły i generalnie robiłem wszystko by zachęcić i przebłagać (tak, przebłagać) ducha wody do pojawienia się. Nie miałem żadnego pojemnika dla niego, ten trzymał mój mistrz, ale stał kilka metrów za mną.

Tak więc stoję z wyciągniętymi rękoma i drę się w wniebogłosy, i nagle, od strony rzeki, leci buteleczka. Która wpada mi prosto w ręce! Nikogo nie widziałem przed sobą, ta osoba musiałaby chyba stać w rzece. Usłyszałbym gdyby ktoś biegł, no chyba, że to był Flash z komiksów. Dodatkowo musiał rzucić tak dokładnie, by wpadło mi w ręce. To nie tak, że ja złapałem tą buteleczkę. Ona dosłownie wylądowała mi w dłoniach!

 

Tak wyglądał “apartament” jednego z nich. Akurat tego bardziej miłego.

 

I tym miłym akcentem kończę dzisiejszy wpis o duchach żywiołów. Następnym razem opowiem, w czym mi owe istoty pomagały. A raczej do czego ja je wykorzystywałem. Kiedy się zgadzały, bo nie zawsze musiały.

Krakus z urodzenia, mag z zamiłowania, błazen z wyboru. To ja, Krakowski Stańczyk, piewca czarnego i wisielczego humoru, łamiącego jak precelki tabu. Nie zawsze wyśmiewający, ale też i pouczający, poglądy zgodnie z życzeniem zmieniający. Ratującego zwierzęta, przenosząc żuczki i ślimaki w bezpieczne dla nich miejsca. Magię znający nie tylko z teorii, ale i z praktyki. Lubiący książki, historię i słone paluszki. Na Okult.pl jak lajkonik na rynek przybyłem by w tym poważnym miejscu objawiać jeszcze poważniejsze, oj naprawdę poważniejsze wieści z wiedzy wszelakiej, czy to magicznej, czy zuchwałej.

Zostaw wiadomość

Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


Copyright 2017 © All Rights Reserved Okult.pl, Krakowski Stańczyk     Designed by Okult.pl