Jak to w zimie biegałem, czyli o potędze wiary.

Jak bardzo człowiek jest w stanie przekroczyć własne granice? Nie chodzi mi o chodzenie na siłownię, tylko o to coś, co może zdawać się wykraczające racjonalnemu myśleniu. To pytanie zadałem sobie, gdy oglądałem program o tygrysach syberyjskich. Prowadzący był ubrany w grubą kurtkę puchową, a miejscowi w swetry. Dla niego było zimno, ci się przyzwyczaili. Jeszcze lepszy przykład: pływacy nurkujący na znaczne głębokości bez aparatury tlenowej (“Wielkim błękit”).

Oczywiście sporo zależy od miejsca urodzenia, nauki, zwykłej genetyki. Ale będąc małym kręciły mnie opowieści o tym, jak to jakaś matka podniosła kilkaset kilo by uratować własne dziecko, albo ktoś uciekając bez problemu przeskoczył wysoki płot. Adrenalina, a człowiek zrobi naprawdę dużo by przeżyć. Znamy też fakirów, co to leżą na gwoździach, przekłuwają się i tak dalej. Albo mnichów buddyjskich, którzy to mogą przebywać praktycznie półnadzy na chłodzie, polewać się zimną wodą i tak dalej. W tym ostatnim chodzi o rozszerzanie naczyń krwionośnych. Znajomy podał mi prosty patent na to: wystarczy robić powolne i głębokie wdechy i wydechy. Już po chwili okaże się, że mróz mniej doskwiera. A czy taki zwykły Europejczyk mógłby powtórzyć wyczyn tybetańskiego mnicha?

Będąc młodszy byłem bardziej podatny na sugestię, nic dziwnego. W zimie, przebywając w lesie, znajomy poradził mi, bym przebiegł się w samej bieliźnie. Nie pamiętam jak mnie w końcu przekonał, na pewno nie było żadnej magii, formuł i czy czegoś podobnego. Uwierzyłem, i jak widać to wystarczyło. A mróz był, śnieg też codziennie padał, nie to, co teraz. Nie żebym żałował, osobiscie wolę globalne ocieplenie i upały.

Przez kilka minut, może dziesięć, jak dziecko biegałem w te i wewte. Cieszę się, że nikogo wtedy nie było, chyba spaliłbym się że wstydu. Zupełnie nie czułem temperatury, gdy w końcu stanąłem obok niego poradził mi, żebym natarł się śniegiem. Więc to zrobiłem, zero efektu. W końcu się ubrałem, ale drastycznej zmiany nie odczułem. Zawsze dobrze znosiłem chłody, ale ten pokaz i mnie samego zaskoczył. Zwłaszcza, że potem nie dostałem zapalenia płuc, nawet przeziębienia czy grypy. Jakby kwadrans na -10 stopniach był niczym szczególnym.

Zastanawiam się, czy dziś byłbym to w stanie powtórzyć i jednak stwierdzam, że nie. Chyba bym się nie przekonał i, co najważniejsze, nie uwierzył, że taka temperatura mi nie zaszkodzi. Psychosomatyzm. Wiara to podstawa, nie tylko w magii. Nie chcę brzmieć jak jakiś durny trener personalny, ale pewnie każdy, odpowiednio wcześniej przekonany, byłby w stanie zrobić coś takiego, choćby na chwilę.

Krakus z urodzenia, mag z zamiłowania, błazen z wyboru. To ja, Krakowski Stańczyk, piewca czarnego i wisielczego humoru, łamiącego jak precelki tabu. Nie zawsze wyśmiewający, ale też i pouczający, poglądy zgodnie z życzeniem zmieniający. Ratującego zwierzęta, przenosząc żuczki i ślimaki w bezpieczne dla nich miejsca. Magię znający nie tylko z teorii, ale i z praktyki. Lubiący książki, historię i słone paluszki. Na Okult.pl jak lajkonik na rynek przybyłem by w tym poważnym miejscu objawiać jeszcze poważniejsze, oj naprawdę poważniejsze wieści z wiedzy wszelakiej, czy to magicznej, czy zuchwałej.

Zostaw wiadomość

Leave a comment


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.


Copyright 2017 © All Rights Reserved Okult.pl, Krakowski Stańczyk     Designed by Okult.pl